wtorek, 25 października 2011

028.sialaalal

Słabo się dzieje. Niektórzy wiedzą, niektórzy nie. Niewiedzącym nie będę tłumaczyć.
Sialaalalal.


1. Olimpiady olimpiadami...
Yhm. W poniedziałek.


Wyżej napisane wypociny pochodzą z niedzieli. Jeszcze nie byłam wtedy taka zestresowana.
Stres. Potrafi zdemotywować człowieka.


W 5. klasie zaczęło się niby niewinnie - od niby konkursiku ortograficznego. Bardzo mi na nim zależało, mimo iż miał on zasięg zaledwie powiatowy. Z perspektywy czasu, nie wiem, co w nim było takiego ważnego.
W każdym razie, zaczynał on wielką falę konkursów: ten konkurs, matematyczny, olimpiada z angielskiego, konkurs o Wielkiej Brytanii... Dzień, dwa dni po dniu. Odbiło się to zarówno na mojej psychice jak i zdrowiu. Każdy z konkursów zawaliłam.
Na polskim dostałam gorączki, z matematyki pomyliłam znaki, angielskie literówki... A na ostatnim twierdziłam uparcie, że kwiecistym symbolem Walii są konwalie (pory, żonkile, a wbrew pozorom nie konwalie).
Rok później wzięłam się za udział we wszystkich olimpiadach jakie mogą być. Mój tata porównał to do wzięcia do rąk ośmiu garnków, po czym zapytał się mnie: Dasz radę? Skończyło się nie tak tragicznie jak w 5 klasie, ale z niczego się nie dostałam: tu zabrakło dwóch punktów, tam brakowało tego jedynego punkciku... Ale bądź co bądź jestem byłam wtedy szczęśliwa: finalista konkursu z języka angielskiego. Nie kuratoryjny oczywiście, ale pod Jego patronatem. Cóż. Zależało mi tylko na dostaniu się do dwujki i jak widać - udało się! :)


W I klasie gimnazjum przyłożyłam się tylko do olimpiady z angielskiego. Mimo iż nie odniosłam w niej większych sukcesów, czuję się dumna, gdyż wreszcie ogarnęłam się. Nie biorę za dużo obowiązków na siebie, bo doświadczyłam na własnej skórze, że źle się to kończy. 
Z tego strachu zrezygnowałam nawet z historycznego... Może nie całkiem dlatego. Bałam się, że zwariuję; dzień później jest olimpiada z polskiego, której się CHOLERNIE obawiam. Przeanalizowałam tylko połowę dzieł (pół Faraona, dokładnie rzecz biorąc film... To się liczy? Przynajmniej mam zarys). Reszta z górki. Wiersze Tischnera, Owidiusz... Powiedzmy, że z górki. Bardzo równinna ta górka.


Byle po piątku. W sobotę Gorlice. Szału nie będzie. To tylko na zabicie czasu. I tak mam pewne siódme w Małopolsce... Czyżby? Pewnym nie należy być nigdy.

Dla Alinki. I Jacusia. ;D


sobota, 1 października 2011

027. Powrót


Wróciłam! Mimo, że pojawiłam się w Polsce wczoraj, nadal słabo się czuję. Grypa żołądkowa. Cóż.


Dzień 1.
Jazda, jazda, jazda -,- Strasznie mnie znużyła. Poza tym to nic ciekawego.


Dzień 2.
Przypłynięcie promem. Ach, jak było fajnie xD Potem przejazd do schroniska w Londynie. Boższ. Ile ludzi się  zastanawiało, jak się zmieściłam do tak małej walizki. Cóż. Można :D Wzięłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Po zameldowaniu, pojechaliśmy zwiedzać Buckingham Palace, Opactwo Westminsterskie, Big Ben i London Eye. Tego ostatniego się bałam ze względu na mój lęk wysokości. Na obiad iście brytyjskie danie - Fish n' Chips. Wyborne. Wybornie tłuste wręcz. -,-


Dzień 3.
Brytyjskie śniadanie - tłusty Croissant. Na tyle się skusiłam. Potem wymeldowanie i przejazd do Greenwich. Nie muszę wyjaśniać, co to. Następnie rejs statkiem po Tamizie, Tower of London.
Ale i tak najlepsze było zwiedzanie National Gallery. Nie same obrazy były główną przyjemnością, a opowiadanie sobie wzajemnie sucharów. Wtedy zaczęła się moja przyjaźń z Hubertem P. i Baaaaziurem <3


Dzień 4.
Zwiedzanie Oxfrodu. I nie tylko samego miasta. Dzięki Helenie, mogliśmy zobaczyć Salę Profesorów w oxfrodzkim uniwersytecie. Potem zakupy <3 I me cudo: klik 
Potem Stratford Upon Avon. Miejsce urodzenia Shakespeare'a. A! Rugby


Dzień 5. 
Bristol. Szaleństwo zakupowe. PRIMARK <3 Aa. I wtedy było mega, bo zagadywaliśmy po polsku Anglików tekstami typu 'Ma pani szluga?'. Nie miała.
Potem Bath. I słit focie z panem od butów. I kolejne cudo: <3


Dzień 6.
Stonehenge. Nie wiem... Za drugim razem nie spodobało mi się jak za pierwszym. Mieliśmy ciekawe zadanie: przeprowadzić wywiad z osobą, która dziwnie wygląda. To była Niemka, zdecydowanie.
Potem spacer po miasteczku... Jeśli mam być szczera, nawet nie wiem, jak się zwało xD Wiem natomiast, że 20 mil od Oxfordu.
Potem pakowanie.


Dzień 7. 
Już prawie wyjazd. Czekał na nas jeszcze tylko zamek w Dover. Tak się nie mogłam doczekać powrotu do domu! A szczególnie Facebooka.
Gdy byliśmy na promie, skorzystałam z telefonu i Hotspotu. Ach <3 Wtedy doszłam do wniosku, że mogłabym jeszcze zostać. Cóż. Za późno. 


Dzień 8. 
W bólach i trudach: DOM! Szkoda tylko, że wróciłam z grypą żołądkową -,-






Nie wiem, co jeszcze napisać... Idę oglądać Legalną Blondynkę. I pić kakao z cuda <3