Wyżej napisane wypociny pochodzą z niedzieli. Jeszcze nie byłam wtedy taka zestresowana.
Stres. Potrafi zdemotywować człowieka.
W 5. klasie zaczęło się niby niewinnie - od niby konkursiku ortograficznego. Bardzo mi na nim zależało, mimo iż miał on zasięg zaledwie powiatowy. Z perspektywy czasu, nie wiem, co w nim było takiego ważnego.
W każdym razie, zaczynał on wielką falę konkursów: ten konkurs, matematyczny, olimpiada z angielskiego, konkurs o Wielkiej Brytanii... Dzień, dwa dni po dniu. Odbiło się to zarówno na mojej psychice jak i zdrowiu. Każdy z konkursów zawaliłam.
Na polskim dostałam gorączki, z matematyki pomyliłam znaki, angielskie literówki... A na ostatnim twierdziłam uparcie, że kwiecistym symbolem Walii są konwalie (pory, żonkile, a wbrew pozorom nie konwalie).
Rok później wzięłam się za udział we wszystkich olimpiadach jakie mogą być. Mój tata porównał to do wzięcia do rąk ośmiu garnków, po czym zapytał się mnie: Dasz radę? Skończyło się nie tak tragicznie jak w 5 klasie, ale z niczego się nie dostałam: tu zabrakło dwóch punktów, tam brakowało tego jedynego punkciku... Ale bądź co bądź
W I klasie gimnazjum przyłożyłam się tylko do olimpiady z angielskiego. Mimo iż nie odniosłam w niej większych sukcesów, czuję się dumna, gdyż wreszcie ogarnęłam się. Nie biorę za dużo obowiązków na siebie, bo doświadczyłam na własnej skórze, że źle się to kończy.
Z tego strachu zrezygnowałam nawet z historycznego... Może nie całkiem dlatego. Bałam się, że zwariuję; dzień później jest olimpiada z polskiego, której się CHOLERNIE obawiam. Przeanalizowałam tylko połowę dzieł (pół Faraona, dokładnie rzecz biorąc film... To się liczy? Przynajmniej mam zarys). Reszta z górki. Wiersze Tischnera, Owidiusz... Powiedzmy, że z górki. Bardzo równinna ta górka.
Byle po piątku. W sobotę Gorlice. Szału nie będzie. To tylko na zabicie czasu. I tak mam pewne siódme w Małopolsce... Czyżby? Pewnym nie należy być nigdy.
Dla Alinki. I Jacusia. ;D