sobota, 1 października 2011

027. Powrót


Wróciłam! Mimo, że pojawiłam się w Polsce wczoraj, nadal słabo się czuję. Grypa żołądkowa. Cóż.


Dzień 1.
Jazda, jazda, jazda -,- Strasznie mnie znużyła. Poza tym to nic ciekawego.


Dzień 2.
Przypłynięcie promem. Ach, jak było fajnie xD Potem przejazd do schroniska w Londynie. Boższ. Ile ludzi się  zastanawiało, jak się zmieściłam do tak małej walizki. Cóż. Można :D Wzięłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Po zameldowaniu, pojechaliśmy zwiedzać Buckingham Palace, Opactwo Westminsterskie, Big Ben i London Eye. Tego ostatniego się bałam ze względu na mój lęk wysokości. Na obiad iście brytyjskie danie - Fish n' Chips. Wyborne. Wybornie tłuste wręcz. -,-


Dzień 3.
Brytyjskie śniadanie - tłusty Croissant. Na tyle się skusiłam. Potem wymeldowanie i przejazd do Greenwich. Nie muszę wyjaśniać, co to. Następnie rejs statkiem po Tamizie, Tower of London.
Ale i tak najlepsze było zwiedzanie National Gallery. Nie same obrazy były główną przyjemnością, a opowiadanie sobie wzajemnie sucharów. Wtedy zaczęła się moja przyjaźń z Hubertem P. i Baaaaziurem <3


Dzień 4.
Zwiedzanie Oxfrodu. I nie tylko samego miasta. Dzięki Helenie, mogliśmy zobaczyć Salę Profesorów w oxfrodzkim uniwersytecie. Potem zakupy <3 I me cudo: klik 
Potem Stratford Upon Avon. Miejsce urodzenia Shakespeare'a. A! Rugby


Dzień 5. 
Bristol. Szaleństwo zakupowe. PRIMARK <3 Aa. I wtedy było mega, bo zagadywaliśmy po polsku Anglików tekstami typu 'Ma pani szluga?'. Nie miała.
Potem Bath. I słit focie z panem od butów. I kolejne cudo: <3


Dzień 6.
Stonehenge. Nie wiem... Za drugim razem nie spodobało mi się jak za pierwszym. Mieliśmy ciekawe zadanie: przeprowadzić wywiad z osobą, która dziwnie wygląda. To była Niemka, zdecydowanie.
Potem spacer po miasteczku... Jeśli mam być szczera, nawet nie wiem, jak się zwało xD Wiem natomiast, że 20 mil od Oxfordu.
Potem pakowanie.


Dzień 7. 
Już prawie wyjazd. Czekał na nas jeszcze tylko zamek w Dover. Tak się nie mogłam doczekać powrotu do domu! A szczególnie Facebooka.
Gdy byliśmy na promie, skorzystałam z telefonu i Hotspotu. Ach <3 Wtedy doszłam do wniosku, że mogłabym jeszcze zostać. Cóż. Za późno. 


Dzień 8. 
W bólach i trudach: DOM! Szkoda tylko, że wróciłam z grypą żołądkową -,-






Nie wiem, co jeszcze napisać... Idę oglądać Legalną Blondynkę. I pić kakao z cuda <3

3 komentarze:

  1. bożebożeboże. to niesprawiedliwe. :(
    ale cóż. miło, że ci się podobało (bo jak mogło się nie podobać??). "Legalna Blondynka" spoko, ale jedynka. dwójka już gorsza.
    a gdzie jakieś zdjęcia???

    OdpowiedzUsuń
  2. Maju, opóźniony zapłon *.*
    Londyn nie był AŻ tak fajny jak Bath czy Bristol, ale był interesujący. Na Facebooku. Wrzuciłam na Picassę, ale nie ogarniam jej.

    OdpowiedzUsuń